5 odcinek drugiego sezonu iZombie mnie zachwycił, tyle dobrego, dialogi wręcz płynęły, sporo wątków. A najlepsza scena, to walka o Utopię a w tle piosenka - Friday I’m in Love. A ciebie co nie zachwyca w tym sezonie?

-Nie- zachwyca? Hm...
Ponieważ kibicuję parze Liv/Major (chociaż sekretnie shipuję także Liv/Blaine), nie do końca podoba mi się jak Rob Thomas i Diane Ruggiero sobie pogrywają z uczuciami tych postaci (a co za tym idzie z emocjami widzów). Rozumiem will they/won't they, ale tempo w jakim Liv pozbierała się po odcinku 1x09 (piszę oględnie by nie spoilować), a także back-and-forth które przechodzą Liv i Major w swoim związku ("bądźmy razem"... "nie możemy być razem, bo jesteś zombie"... "bądźmy razem"... "nie możemy być razem, bo jestem zombie, a Ty w ogóle mnie nie rozumiesz"...i tak ad nauseam) jest dla mnie nieco niewiarygodne i takie... wysilone; to sztuczny dramatyzm.
Z drugiej strony, osobiście znam przynajmniej kilka par, który się rozchodziły/schodziły. Po prostu... hm, myślałam że Liv i Major kochają się na tyle, by zaakceptować dzielące ich różnice, albo ewentualnie starać się bardziej pracować nad swoim związkiem :P
Pokładam jednak wiarę w tym duecie twórców: Logan i Veronica w "Veronice Mars" też się mnóstwo razy schodzili i rozchodzili, zachowując się przy tym jak para kompletnych ciućmoków. A mimo to Mysz od lat im kibicuje i zalicza się do zagorzałych fanów ich pairingu (tzw. LoVe). Liczę więc na to, że Thomas i Ruggiero dostarczą mi jeszcze mnóstwa powodów zarówno do smutku jak i radości. Wszak najlepsze telewizyjne pary - te, które pamiętamy po latach i na myśl o których wciąż mocniej bije nam serduszka - to te, które musiały pokonać niemałe trudności, by ostatecznie dostać swoje "długo i szczęśliwie". A czasem nawet "długo i niekoniecznie szczęśliwie" ;)
Nie na darmo wśród fangirls istnieje powiedzenie: "It hurts so good" ;)