Słuchając Joy Division jestem w stanie nic nie robić. Jedynie siedzieć i wpatrywać się tępo w ekran, jak gdybym była zahipnotyzowana. To dobry stan, nic nie czuję. Moja samotność i tęsknota zostają zagłuszone choć na jeden moment. Przestaję płakać, zastanawiać się nad tym "a gdyby... to może byłoby lepiej". Myślę tylko nad tym jak piękny jest głos Curtisa, jak bardzo żal człowieka, który nie wytrzymał takiego życia i powiesił się na sznurze od suszarki. Tak nieromantycznie, a jednak pokazując tragizm.
Potem wszystko wraca. Cały mój smutek, żal do ludzi. Znów napływają do oczu łzy. Znowu tęsknię i chcę uciec na dworzec kolejowy, wsiąść w pierwszy lepszy pociąg do Łodzi, a tam do Wrocławia. Chcę się schować pod kołdrą, dalej marzyć o tym, że zaraz przyjdzie do mnie z powrotem. Przytuli. Powie, że była na chwilę w sklepie po fajki i już nigdzie nie pójdzie. Wcale nie musiała wyjechać, po prostu na chwilę wyszła. Tylko że teraz ja jestem tutaj, a ona - 350 km ode mnie; znowu wariuje, bo potrzebuje mnie przy sobie.
View more