Przeraża mnie to, że tak wiele osób załamuje się. Presja tego świata jest niewiarygodna w negatywnym tego słowa znaczeniu. Niedługo dobro się podda bo stwierdzi, że życie to nie książka i tu nic nie przychodzi tak łatwo. To prawda. Grzech jest drogą na skróty, ale dokąd? Gdzie prowadzi ta ścieżka? Zakładam, że w pewien ślepy zaułek.
Nie umiem motywować, nie mam kogo. Co najwyżej siebie.
Tylko, że ja wierzę. Moja wiara pozwala mi na pozytywne myślenie w tych najtrudniejszych momentach, gdyż na co dzień raczej nie jestem optymistką. I dlatego właśnie nie mam zamiaru upadać, nie poddam się i zrealizuję swoje plany, spełnię marzenia i będę szczęśliwa. To moje życie i nikt go za mnie nie przeżyje. Pierdolę te wszystkie prośby, groźby i inne sratytaty.
Nie lubię ich jeszcze bardziej, niż oni mnie.
Moje życie odzwierciedla wszystkie wybory, które podejmuje. Zwykle są to pasma powtarzających się błędów, co nie zmienia jednak faktu, że mimo rozgoryczenia, które czuję po zdemaskowaniu braku sensu w moich decyzjach, odczuwam podświadomą radość z tego, że były właśnie moje i nikt się nie przyczynił do tego jak postąpiłam w danej sytuacji. To chyba znaczy, że moje życie jest statystycznie normalne i przeciętne, bo teraz mało kto uczy się nawet na własnych błędach. Podsumowanie:
Jeżeli się o czymś zapomina, to znaczy, że w gruncie rzeczy nie było to dla nas jakoś zajebiście istotne. Zresztą, jeśli "zapomina się o miłości", to znaczy, że chuja z niej było, a tak naprawdę sami sobie wkręcamy i samych siebie okłamujemy, że to właśnie było to. A trwanie w durnym przeświadczeniu jest jedynie nad wyraz żałosne i śmieszne. Miłego.
O dziwo najwięcej radości sprawia mi fakt, że rutynowo mogę wstać do szkoły, zapalić fajkę przed pierwszą lekcją, później wyjść na kolejną i mimo wszystko to pozwala mi na mniej więcej zadowolenie. A jedną z najlepszych chwili w ciągu dnia jest to, gdy mogę sobie w spokoju postalkować, ale to jest temat na który nie wjeżdżam.
Czas leci dla mnie jak podczas snu: jeśli jest przyjemnie to niewiarygodnie szybko, tak, że aż żal. Jeśli żyję w koszmarze to katorgą można nazwać próby wybudzenia.
To my niszczymy świat tylko dlatego, że wszyscy razem go tworzymy. Wiadome jest, że niektórzy ludzie czują potrzebę wzajemnej destrukcji. Smutne, lecz prawdziwe.
To uczucie gdy już wchodzę na tego aska z nadzieją, że mam jakieś pytania i nagle uświadamiam sobie, że nikt mi ich nie zadaje, bo i tak nie odpowiadam.
Dałabym sobie ściąć włosy, gdyby to miało jakiś większy sens, jakiś szczytny cel itp. Kłaki nie noga, odrosną.
Myślę, że tak. Ostatnio myślałam nad tym jak będę wyglądać umierając i fajnie by było wiedzieć, może jakoś przygotować się czy coś.
***
Mam dzisiaj tak dobry humor, że powinni mnie ubiczować, bo to jest wręcz niewiarygodne. Może dlatego, że dziś ludzie wydają się być lepsi, milsi i bardziej ludzcy. A ponieważ oni czują się lepiej, to czemu ja mam smęcić?
Szczęśliwe życie w samym śnie. Bez bólu, rozczarowania i dobijających przypadków. Miłość i przyjaźń. Dobro.
Z takiego snu nie chciałabym się budzić.