Owszem, jest tak, ale nie uważam, że to coś złego. Wiele osób pokochało go dopiero po śmierci, ale nie uważam, że to złe, to normalne. Dużo mogło wcześniej o nim nie słyszeć, albo po prostu być za młodym. Ja np. pokochałam go dopiero w 2013, czyli 4 lata po jego śmierci. Wiele osób mi mówi, że to przez "MJShow", w którym biorę udział i może to po części prawda, ale ja nie twierdzę, że to PRZEZ to, tylko raczej DZIĘKI temu. Głównie dzięki temu, bo nie tylko . ;) Wcześniej nie miałam np większej styczności z jego muzyką. Znałam największe przeboje i zawsze bardzo je lubiłam, ale tak naprawdę dopiero nie tak dawno zaczęłam się wgłębiać w ich przekaz, znaczenie, poznawać mniej znane utwory. Zaczęłam więcej czytać o Michaelu, poznałam go w pewnym sensie. I znam go, wiem że to dziwne, ale znam go. Nie osobiście, ale przez jego piosenki, bo wyrażał w nich całego siebie. Naprawdę często zapominam o tym, że jego już z nami nie ma. Słuchając jego muzyki naprawdę mam wrażenie, że jest koło mnie. A co do pytania to jest tak, ale nie mam nic do tego, że ludzie nagle sobie o nim przypomnieli. Nie lubię tylko, kiedy ktoś kiedyś go nienawidził, albo uważał za idiotę, pedofila itp., a teraz nagle wielki fan. Ja osobiście, choć kiedyś prawie nic o nim nie wiedziałam, nigdy nie osądzałam go pochopnie i naprawdę nienawidzę, gdy ktoś to robi. Samo to, że ktoś pokochał go po jego śmierci nie jest moim zdaniem złe. Przecież w przyszłości, kiedy my umrzemy, jego muzyka nadal zostanie, będzie miał kolejnych fanów, którzy nie będą mieli takich "problemów", jak my (typu "pokochali go dopiero po jego śmierci, to straszne, ech"), oni po prostu urodzą się, a jego już nie będzie, tak jak teraz nie ma. Będzie natomiast jego muzyka, jego historia... A dla prawdziwych MOONWALKER's zawsze będzie żył, bo jego muzyka jest nieśmiertelna. Myślę, że Michael, gdzieś w niebie, czy gdziekolwiek teraz jest, cieszy się, że nadal go kochamy. Tego zawsze chciał - BYĆ KOCHANYM.
View more