Byłam zakochana w wielu oczach; oczach swojej mamy, każdego pięknego chłopca, moich miłości, przyjaciół, siostry.
Każde miały w sobie coś wyjątkowego i niepowtarzalnego. Skrywały słowa ukryte w czerni źrenic.
Ale dziś chciałam opowiedzieć Ci o innych oczach.
Gdybym miała określić je jednym słowem, powiedziałabym - "otchłań".
Spojrzenie niezmienne, cały czas takie samo. Gdy pierwszy raz mnie przeszyło, pomyślałam, że nie widzę w nim nic. To po prostu pusty wzrok, niewidzący, nieuchwytny. Jakby jego właściciel stał tam i nie widział. Jakbyśmy byli zamknięci w dwóch pokojach dzielących nas lustrem weneckim.
I czekałam. Czekałam, aż ten wzrok zacznie coś mówić, śpiewać, albo krzyczeć. A on nadal pozostawał taki sam. Mrużył oczy, marszczył brwi, zerkał w inną stronę, wzdychał. Ale nie zmieniał wyrazu oczu.
Wtedy zaczęłam się wpatrywać i zrozumiałam.
To była otchłań. Tak dużo emocji, uczuć i słów splątanych ze sobą i zrzuconych gdzieś z wieży w nicość. Sięgałam po nie głębiej i głębiej. Czułam jak spadam, jak tonę i duszę się w tym bezustannym locie w dół. Jak próbuję chwycić czegoś, czegokolwiek i zmusić do wypełznięcia na zewnątrz. Rozplątać te supły, węzły, które krwawiły i krzyczały. Widziałam jak on sam stara się spojrzeniem odnaleźć słowa, które ja już znałam.
Cholernie ciemne oczy, spojrzenie na pozór bez wyrazu, powodujące, że aż czujemy się niepewnie i mamy ochotę krzyknąć, żeby przestał. Cholernie ciemne oczy, które pokazują nam nasze odbicie w jego spojrzeniu. Jakby prześwietlał duszę na wskroś i analizował wszystko począwszy od siebie kończąc na nas.
Nigdy nie przestanę próbować nie tonąć w nim.
Chcę spadać.
Chcę krzyczeć.
Chcę czuć jak przenika mnie dogłębnie.
Chcę umierać w tym spojrzeniu.

View more