@tearfulmoon

⋮ d a r k l i n g ⋮

Ask @tearfulmoon

Sort by:

LatestTop

Everyone is dumb.

— Wydeptane w niedopałkach szlaki, do złudzenia przypominały, stłumiony garściami soli, błotnisty, grudniowy śnieg. Popiół przyklejał mi się do podeszwy, zostawiając po sobie grafitową mozaikę smug oraz kleksów, a gorzki w posmaku dym, wbijał ostry metal w ściśnięte wysiłkiem płuca. Minąwszy kolejnego, pogrążonego w jednostronnej konwersacji przechodnia, zahaczyłem niechcący kolanem o publiczną ławkę w kolorze butelkowej zieleni, po czym, warcząc markotnie pod nosem, przebiegłem następny odcinek terenu, próbując zignorować ból. Chłód październikowego tygodnia przeszywał z żałosną wręcz prostotą, grube rękawiczki na moich dłoniach.
❝ Gdzie jesteś? ❞ Krótka wiadomość rozbłysła na stłuczonym ekranie telefonu. Gdzie jestem? Pomyślałem, schodząc z drogi na widok, przebijającego się, jak zaprzężony końmi powóz, dziecięcego wózeczka. Przepadłem w cholerę. Zaginąłem w akwarium benzynowego smogu. Pożarł mnie, spóźniony o pół godziny autobus. Stwierdziłem, że dostanę się pieszo zza najbliższą granicę, bo to i tak lepsze zajęcie, niż zapierdalać z buta przez połowę miasta w godzinach szczytu.
❝ Spóźnię się. ❞ odpisałem.
— Spóźniony? — Niespodziewany chwyt w okolicach łopatek nie doprowadził mnie do stanu przedzawałowego równie szybko, co wbicie obu kciuków w niewielkie wgłębienia tuż przy nich. Dostrzegając przyciętą krzywo, kuchennymi nożycami, grzywkę, wydałem z siebie coś na kształt rozbawionej ulgi i strzepnąłem z siebie natarczywy dotyk przyjaciółki.
— Znowu wybuchnie wojna, gdy łaskawie „odnajdziesz drogę w wielkim mieście”, wiesz o tym, prawda? — ostrzegła, zaczynając głośno grzebać w sięgającym kostek płaszczu. — Gdzie te papierosy. — Iskierki w przypalonym karmelu, podsyconych jesiennym słońcem tęczówek, jednoznacznie sugerowały, że uważała moją sytuację za zabawną. Rzuciwszy jej w odpowiedzi pomiętą paczką szlugów w twarz, schowałem posiniaczony nadgarstek do kieszeni i męczennie sięgnąłem po telefon.
❝ Przyjadę po ciebie, powiedz tylko na której ulicy znowu utknąłeś. ❞ Na ulicy „nie chcę przychodzić".
— Mówiłam. — szepnęła, zauważając mój kwaśny grymas.
— Kawa? — odparłem niechętnie.
— Nie pijam.
— Ale ja pijam, nie wybrzydzaj.
— Niech będzie. — Kaszlnąwszy jeszcze na odchodne kłębem szarego, tytoniowego dymu, rozejrzała się ostrożnie dookoła, po czym wsunęła mi rękę pod łokieć i szarpnęła mną żartobliwie w przód. Chodnik powoli przestawał wydawać się nie do przejścia; ludzie wślizgali się leniwie do pozbawionych ogrzewania autobusów, samochody wydostawały się z korków, pozwalając częściej przechodzić zmęczonym pracą pieszą, a restauracje zbliżały się do godzin otwarcia, zapraszając, czekających przy witrynach klientów. Było już dwadzieścia po szóstej, dzień nieubłaganie szybko zbliżał się ku końcowi.
❝ Znowu próbujesz mnie ignorować. ❞
Nie mam ochoty z tobą rozmawiać.
❝ Będę czekać pod domem, jak wrócisz. ❞

View more

Everyone is dumb

Przepiękne słowa.

— Nacisk splecionych dookoła szyi ud, oddech — jeden, drugi, trzeci, czwarty. Resztki śliny na odchylonej wardze. Kłęby tytoniowego dymu, rozdzierające krtań świeżym posmakiem filtrowanej mięty. Zbielałe paznokcie, wbite do krwi w otwarte szeroko dłonie. Spojrzenie — zbyt krótkie, za długie, oziębłe, nieśmiałe. Dyskomfort. Stanowczy chwyt na ściśniętym w obrzydzeniu gardle. Długie palce — wędrujące leniwie po zadrapanym szkłem policzku, obsypanym malinkami obojczyku, drżących z wysiłku ramionach. Oddech. Cierpka woń świeżo skończonego wina, uschniętych pomiędzy stronami ulubionej książki róż oraz intensywnych, kobiecych perfum. Pięć, sześć, siedem. Westchnąłem, wyrywając ciało z natarczywej zagadki jęków oraz kończyn. Teatr zwątpienia nucił z żalem w czerwieni rozmazanej po podbródku szminki. Brwi spotkały się w sfrustrowanym geście rezygnacji, czyniąc ogień w zamglonych pożądaniem źrenicach, skórzanym batem. Pchnięcie, szamotanina, cios z liścia w niepewną twarz. Do niczego nie doszło. A powinno, warknęła zbierając przedmioty codziennego użytku z powrotem do markowej torebki. Klucze uderzyły w przypływie złości o migdałowe paznokcie, rozpryskując starannie nałożony lakier. Nie popełniłem błędu, stroniąc od gestu, którego szczerze sobie nie życzyłem. Kłamca, odparła, nieudolnie wiążąc satynowy pas na koronkowym gorsecie. Oddech — ósmy, dziewiąty, dziesiąty. Marszcząc nos w odpowiedzi na odrzucenie, brunetka przyjęła nadchodzące połączenie od męża, po czym machnęła zdawkowo dłonią w moją stronę i wróciła na biurowe krzesło, siadając nerwowo za biurkiem. Była rozczarowana, wściekła, narcystyczna i samolubna. Nie utożsamiałem się z podobnymi emocjami. Nie chciałem prychnąć w oznace pogardy, gdy pokazała mi środkowy palec i pospieszyła mnie do wyjścia znudzonym przytaknięciem głowy. Wdech, wydech, nie mogłem zapomnieć o tym jak się oddychało. Co za rozczarowanie, dodała okręcając się jeszcze w miękkim siedzeniu na odchodne. Rozczarowanie? Byłem rozczarowaniem? Śmiech w moich ustach smakował toksyną, powiewającej na wietrze konwalii. Wybiegłem. Fizyczna miłość dorównywała wartości wilgotnej od deszczu makulatury. Zabawka, szmaciana lalka, marionetka. Fascynujące synonimy bezwartościowego człowieka. Oddech. Zahaczyłem kciukiem o tylną kieszeń poszarpanych dżinsów, po czym zderzyłem gwałtownie plecy z wysokim oknem i osunąłem się na szorstką wykładzinę. Palce zabębniły w rozmyśle o scenę, jaką było zdarte do krwi kolano. Nieśmiałe pląsy wieczornej mżawki, połączyły siły z markotnym grzmotem, wprawiając szkło w przerażone wibracje. Przymknąłem powieki, odpowiadając ulgą na pierwszy trzask jesiennej błyskawicy. Zapętlona melodia, stojącej w gotowości windy zagłuszała tykanie zegara w kącie martwego korytarza. W porządku, pomyślałem kładąc policzek na wierzchu przemarzniętej do kości dłoni.
Rozczarowanie nie było aż tak złe.
W tym momencie było wręcz pocieszające.

View more

Przepiękne słowa

You minimize the pain that plagues me.

Imprecate’s Profile PhotoPieprzony Krytyk
— Skórzane rękawy pożerały z desperacją pierwsze pocałunki wiosennego słońca. Podwyższona temperatura rozdrapywała zaczerwienione dłonie lepkimi językami potu, a skwierczący w agonii asfalt, jęczał markotnie pod naporem obuwia, zapadając się i topiąc. W głębi rozpalonej krtani wrzask przeradzał się w sfrustrowany kaszel, szarpiąc językiem do momentu, w którym ślina nie dotknęła ust, a opuchnięty od szarpaniny nadgarstek nie potarł nerwowo podbródka. Pojedyncze warknięcie zwiastowało upadek. Przedramiona zaparły się o rdzawą barierkę, popękane szkła przeciwsłoneczne zatonęły w splątanych lokach, muskając czule rozgrzaną słońcem głowę, a ubrane w dziurawe spodnie kolana, zderzyły się brutalnie z chodnikiem. Wdech, wydech. Kolejny napad kaszlu. Wdech, wydech. Posmak krwi na usychającym pod wpływem paniki podniebieniu. Dym, gasnącego w rynnie papierosa, przyprawił mnie o skręcające żołądkiem mdłości. Pod paznokciami dojrzeć można było resztki mokrej ziemi. Puls dudnił ochoczo w przekłutych kolczykami uszach. Splunąłem. Nadmiar zżerającego płuca dyskomfortu wydawał się wręcz nieść ze sobą rozkosz, gdy podniecenie w płaszczu łakomej adrenaliny, rozciągnęło w uśmiechu pękniętą wargę. Nie podniosłem się, stukające o kostkę brukową nogi, skrzyżowałem w łydkach. Srebrny wisiorek na klatce piersiowej umknął mi spod bluzki, tańcząc radośnie w uścisku porannego blasku. Lewa, prawa, lewa. Głowa ozdobnej Meduzy wykonała elegancki półobrót, śledząc twarz swojego właściciela pustym, wyrachowanym spojrzeniem metalicznych źrenic. Pstryk. Zaklinowany w niciach łańcuszek, pękł pod wpływem szarpnięcia, zostawiając srebrną monetę w zgiętych nerwowo palcach. Drobne pierścienie, rozsypały się po drodze, umykając w popłochu do pobliskiego ścieku. Westchnąłem, obserwując z rezygnacją to godne litości przedstawienie. Żal, złość, niecierpliwość. Zębami przegryzłem zaschnięty płatek śliny wymieszanej z krwią oraz łzami. Strup na zaróżowionych ciepłem ustach, oderwał się od pulsującej ogniem rany, przepuszczając wolno kolejne stróżki ciemnoczerwonej posoki. Kap, kap. Materiałowe pantofelki, spacerującej niedaleko kobiety, działały jak papier ścierny na rosnącą w siłę migrenę. Krew nie przestawała kąpać, wsiąkając w bawełniany kołnierzyk, gdy wsparłem brodę na drżących ramionach. Wdech, wydech. Szorstki głos męskiego wokalisty wypełnił pustkę w dudniącym strachem sercu, rozjaśniając ciasne wnętrze kieszeni. Melodia zawirowała zgrabnie, pląsając w rytmie szybkiego oddechu z nieadekwatną wręcz nutą żartobliwości. Zaśmiałem się lekko, widząc rozpromienione lico ciemnowłosej dziewczyny na roztrzaskanym siłą ekranie telefonu komórkowego. Krwisty kaszel zabrudził gęstą cieczą skute lodem tęczówki. Lewym kciukiem przesunąłem w dół ikonę czerwonej słuchawki. Później, pomyślałem, szczypiąc palcami nasadę nosa. Odbiorę później.
Odbiorę i przeproszę za to, że ją zignorowałem.
Naprawię telefon i zmyję krew za pomocą mokrej szmatki.
Dotrzymam słowa następnym razem. Skłamałem.

View more

You minimize the pain that plagues me

Language: English